Zaraz po wydarzeniach 11 listopada (jakby ktoś spał: zamieszki podczas Marszu Niepodległości w Warszawie), JE Donald Tusk, zasugerował zaostrzenie prawa o zgromadzeniach. Chwilę wcześniej JE Bronisław Komorowski, zakomunikował, że już poprosił prawników o możliwe rozwiązania w tym względzie. Czy jednak tak szybkie reagowanie na zaistniałą sytuację jest rozsądne?
Jedną z sugestii premiera było, aby zabronić zasłaniać twarz na manifestacjach.
Przypominam, że zgodnie z Konstytucją (co potwierdził Trybunał Konstytucyjny) na manifestacjach uczestnicy mogą zasłaniać twarz. Imprezy masowe, takie jak mecze, gdzie jest zakaz zasłaniania twarzy, są całkiem inny bytem.
Premier zasugerował, że manifestacja jest publicznym wystąpieniem, i nie może (albo że nie powinna) być anonimowa. I, że jeśli ktoś zasłania twarz to jest z reguły „przemocowcem”, niż „ideowcem”, że generalnie ludzie zasłaniają twarz w czasie zgromadzeń, kiedy chcą coś zrobić przeciw prawu. Wprowadzenie takiego zakazu zapewne wymagało by zmiany zapisów Konstytucji.
Przeanalizujmy jednak problem.
Zasłanianie twarzy, nie koniecznie i z reguły oznacza, że manifestant chce rozrabiać. Taka osoba równie dobrze może bać się tego, że zostanie przez kogoś rozpoznany. A to wrogii reżim, a to inne skrajne środowiska. Cześć z nich chce poprostu przyjść, głosić hasła, ale nie chce ujawniać swoje twarzy aby nie zaskodzić sobie, swojej rodzinie, czy to w pracy, szkole, na podwórku, u sąsiada. Ktoś go zobaczy, zrobi zdjęcie, nakręci do telewizji to jedno i będą wytykać, co już nie jest zbyt przyjemne. Ktoś kto przychodzi na manifestację to nie jest od razu polityk, który ma odwagę głośno o tym dyskutować. Manifestacje są dla zwykłych ludzi. Ludzi, którzy chcą dostrzeżenia, albo chcą zmian. Ale może być i gorzej. Mogą się zainteresować nim służby specjalne, albo ludzie bardzo agresywni, faszyści, i inne elementa. Są w Internecie strony na których poblikuje się zdjęcia takich ludzi, i wzywa do ich zwalczania na wiele sposobów, co kończy się pobiciami, a nawet morderstwami.
Nie odbierajmy ludziom możliwości manifestowania w sposób anonimowy. Jasne lepiej się pokazać, wtedy przekaz jest silniejszy, ale niektórzy chcą pokazać że jest ich w grupie dużo i popierają inicjatywę, a nie koniecznie odrazu się ujawniać! Zawsze będą tematy kontrowersyjne, zawsze będą manifestację o zmienianie prawa, zmienianie zastanego stanu rzeczy. Już to samo w sobie oznacza że taka manifestacja godzi w wiele osób, często pośrednio również w prawo ustanowione (np. manifestuję o zmianę prawa, aby coś co jest teraz przestępstem, nim nie było - automatycznie może mnie postawić w pozycji w opozycji do prawa). Wymową wielu marszów jest też właśnie anonimowość różnych problemów. Zasłanianie twarzy jest na nich symbolem tego, że problem dotyczy każdego z nas, że o problemie się nie mówi, że o osobach problemem dotkniętym się zapomina i nie nazywa (bo pewnie tak wygodniej psychicznie). Nie możemy im tego odbierać. Nie stajemy się chuliganami dlatego, że zasłaniamy twarz. Zakaz zasłaniania twarzy spowoduje tylko dodatkowe nadwątlenie poparcia i zanik ekspozycji społecznej ruchów walczących w swoim lub innym imieniu. Znakomity sposób, aby zamieść te problemy pod dywan. (ludzie mają problem → ludzie boją się manifestować → nie mogą zasłaniać twarzy → nikt nie manifestuje → problemu nie ma). Znakomity sposób, aby poczuć się lepiej (telewizja w końcu nie będzie pokazywała tych kontrowersyjnych lub głupich demonstrantów, bo ich nie będzie), ale nie rozwiązuje to źródła problemu, nie zmuszą do dyskusji.
Zmienianie prawa, tylko dlatego że raz wydarzyły się jakieś rozróby jest błędem. Należy zostawić prawo tak jak jest jeszcze jakiś czas, przygotować się następnym razem lepiej w ramach istniejącego prawa. Jest kłamstwem że prezydent Warszawy nie mogła odmówić prawa do manifestacji. Mogli odmówić, zmienić godzinę, trasę, mogli wiele rzeczy zrobić. Zasłanianie się poprzednimi wyrokami sądu jest nieodpowiedzialne, co najwyżej wygodne. Policja mogła blokujących usunąć. Policja mogła lepiej porozumiewać się z organizatorami, mogła im wyznaczyć inną trasę, itp. itd. Zmienianie prawa bez pomyślenia nad konsekwencjami, zmienianie prawa w wyniku reakcji na bieżące wydarzania prawie zawsze jest złe, bo wynika z emocji, konkretnych politycznych celów, a nie z rozsądku. Jeśli wielokrotnie po kilku latach okaże się, że przemoc się eskaluje, a prawo jest bezsilne, wtedy możemy zmienić prawo.
Jak dla mnie, jeden, dwa problemy to jeszcze nie dowód złego prawa. Poza tym zmienienie prawaniczego nie zmieni w rzeczywistości. Wprowadzimy zakaz zasłaniania twarzy i nagle przestaną być rozróby? Bandyci przestaną zasłaniać twarz, bo wprowadzono taki przepis? Nie! Wejdą w tłum, kiedy trzeba zasłonią twarz, przeorganizują się i zaatakują tak czy siak. Znajdą wiele innych sposobów. Polak potrafi. Zabronić wnoszenia materiałów pirotechnicznych? I niby jak to egzekwować? Sprawdzać i przeszukiwać wszystkich? (zaraz się rozlegną głosy obużonych). A co jak ktoś chce się dołączyć do manifestacji, bo poprostu obok przechodził. Można go dopuścić, czy nie można? Tak czy siak może rozpocząć rozrubę, a normalnemu co? Odbierzemy prawo, prawo do manifestowania, prawo do prywatności (poprzez grzebanie w kieszeniach i plecakach). Raca nikomu większej krzywdy nie zrobi - to że wygląda groźnie, nie oznacza że jest groźna. Większość obrażeń 11 listopada, było w wyniku rzucania kamieniami, brukiem i innymi leżącymi na ziemi rzeczami. Nie da się zorganizować marszu, aby do tego nie doszło. Chyba, że chcemy wszyscy aby zakuwać wszystki w kajdanki przed manifestacją, co jest dosyć wymowne, ale przecież skuteczne!
Rządzące partię politycznę chcą ograniczenia wolności w celach politycznych, w celach ograniczenia i tak wątłych, albo nierespektowanych praw obywatelskich i konstytucyjnych. Zapewne przygotowuje się na zamieszki, które będą miały miejsce podczas kryzysu. Zmienianie prawa pod wpływem impulsu, nawet przy poparciu społecznym jest błędem, który spowoduje że większość na tym straci. Zyska władza - zyska dodatkową władzę, oraz w oczach opinii publicznej znowu uzyska ocenę sprawnego działania, poprawy bezpieczństwa i czuwania nad obywatelami. Władza zechce przeforsować zmiany tak aby opinia publiczna uważała rząd za sprawny, szybki i wychodzący na przeciw oczekiwaniom. Lecz jest to ocena złudna. Zapominamy, że w zasadzie nie od tego jest parlament! Od zapewniania bezpieczeństwa jest MSWiA, Policja i konkretne służby. Od troski o obywatela to jest on sam, jego rodzina i znajomi. Wysoce nieodpowiedzialne jest chwilę po zajściach mówić o potrzebie zmian prawa, kiedy obecne prawo nie zostało wykorzystanę do końca, a z różnych stron docierają informację o niekompetencji Policji, prowokacjach, i wielu innych niewygodnych dla władzy problemach. Działania Policji choć sprawne, były dalekie od ideału. Może to Policja nie powinna zasłaniać twarzy? Nie ukaraliśmy jeszcze winny. Nie mamy kompletnego obrazu sytuacji. Zmienianie prawa, bez analizy konsekwencji i strat jest poprostu oszukiwaniem. Może i cześć demonstracji stanie się bezpieczeniejsza (w co wątpie), ale być może inna (nawet większa ich liczba), o których ludzie nie słyszą, o których się nie mówi, straci i będzie mniej bezpieczne, lub wręcz nie dojdzie do skutku, albo będzie miała mniejszy wymiar przez mniejszą frekwencję. Ludzie widzą jeden duży efekt, a nie widzą jeszcze większej liczby efektów w drugą stronę, bo media się nimi nie interesują. Bilans zmian, może i według mnie wyszedł by w przeciwną stronę niż oczekujemy.
Inną sugestią. Nie wiem czyją, było wprowadzenie odpowiedzialności organizatorów za bezpieczeństwo marszu.
Wprowadzenie przepisów obarczających odpowiedzialnością organizatorów w sprawach co do których mogą nie mieć żadnej decyzyjności, jest poprostu kpiną. Też niczego nie zmieni. Rozróby będą jak były, a większą szkodę poniosą całkiem niewinne ruchy społeczne, na których bliżej nieznane grupy będą prowokować i atakować. Grupy które z manifestantami i organizatorami niekoniecznie mają cokolwiek wspólnego. Wprowadzenie takiego przepisu spowoduje, że każdego działacza będzie można łatwo zamknąć lub obarczyć inną karą. Wystarczy grupka (agentów?), która wmiesza się w tłum, najlepiej z dala od oczu organizatorów, i która rozpocznie atakować policję, przechodniów, niszczyć mienie. Znakomity sposób na opozycję i ruchy obywatelskie, i inne wrogie reżimowi elementy. Wprowadzanie odpowiedzialności zbiorowej nie ma nic wspólnego z sprawiedliwością, wolnością i praworządnością.
Jak narazie z tym co miało miejsce trzeba się pogodzić - mogło być zresztą znacznie gorzej. To jest cena dojrzewania do wolności. A dla policji i miasta powód do lepszych przygotowań i działań, powód do zaznajomienia się z prawem, oraz obiektywnych kryteriów, kiedy zgody na manifestację wydać nie można (i właśnie tutaj można było z tego prawa skorzystać). Teraz przynajmniej mamy doświadczenia, a jeśli zmienimy przepisy, to doświadczenia będzie trzeba zdobywać jeszcze raz. TVN powinno wyciągnąć wnioski, przeanalizować jak się zachowuję, i dlaczego jest tak odbierana przez tych (i których?) ludzi. Media powinny nauczyć się prowadzenia obiektywnej i rzetelnej relacji. Bandytów zidentyfikować, dowieść winy i ukarać. Jeśli do tego dojdzie, to możemy tylko powiedzieć, że prawo działa. Że właśnie jest sprawne! Nic lepiej nie pomoże, niż odstraszająca i surowa kara za wybryki. To ma realny wpływ na bezpieczeństwo, a nie zaklinanie rzeczywistości przy użyciu nowych ton przepisów.
Z przerażeniem znalazłem dzisiaj informacje o tym że rząd polski zamierza wprowadzić przepisy kontrolujące umieszczanie odsyłaczy na stronach internetowych. Przeczytajcie sobie zresztą sami tutaj: http://www.emetro.pl/emetro/1,85651,9052345.html (mam nadzieje, że Agora mnie nie pozwie za łamanie praw autorskich).
Jest to tak idiotyczny pomysł, że aż muszę coś napisać.
Pomysł ten ma więcej związku z cenzurą niż jakąkolwiek ochroną praw autorski. Odsyłacze są integralną stroną Sieci, bez nich strony WWW nie funkcjonują. Nie dość że rząd polski tutaj nic nie zrobi (bo kto zechce to i tak wyśle odsyłacz np. innym serwerem, prywatną stroną, blogiem w innym kraju, komunikatorem, albo coś, szczególnie właśnie osławieni pedofile, czy obejdzie na wiele innych sposób), to jest to szerokie pole do nadużyć przez rząd. Jest to cenzura i żadne tłumaczenia nic tu nie zmienią, bo głównym środkiem w sieci jest WWW, a bez linków sieć ta nie istnieje.
Tłumaczenie się że linki mogą obchodzić reklamy na portalach są tak kretyńskie zarówno z technicznego punktu widzenia, jak skłaniają do zastanowienia dla kogo na prawdę jest prawo. Widać nie dla obywateli. Jeśli ktoś ma serwis i żyje z reklam na nim, to musi sobie zdawać że nie istnieje żaden techniczny sposób na zmuszenie w 100% użytkowników aby je oglądali i pobierali, bo technik ich nie pobierania (tak po prostu niepobierania, a nie blokowania) jest mnóstwo (np. przeglądarka w trybie tekstowym nie wyświetli grafiki, czy telefon komórkowy nie wyświetli reklamy w technologii Flash, a i tak większość przeglądarek ma wtyczki umożliwiające kontrolę co ściągać a co nie z sieci).
Zresztą kretynizm nie ma granic - przecież, reklamy są na każdej podstronie zwykle serwisu, i nie ważne jak i skąd tam się weszło, ba, niektóre serwisy nawet wykrywają że wchodzisz po raz pierwszy na dany serwis/serwer, i wyświetlają za pierwszym razem dodatkową reklamę (moim zdaniem strasznie irytujące, no ale to ich wybór - raczej nie pokocham takiego serwisu i nie będę go używać).
Czyli jak rozumiem, np. Google nie będzie mógł teraz mieć w swoim indeksie linków do żadnej strony np. ze sklepami internetowymi (bo reklamy), do gazet internetowych (bo przecież reklamy i prawa autorskie), do forów internetowych (bo przecież pewnie są tam pirackie pliki), do blogów (bo prawa autorskie), do serwisów z plikami Torrent (bo prawa autorskie), itp. itd.
Może jeszcze zabronią linkować serwisom do samych siebie?
I jak niby ma sąd np. stwierdzić czy „wiedziałem co zamieszczam”, że chce rozpatrywać sprawę z punktu widzenia świadomości tego co robiłem? Albo skąd teraz mam wiedzieć czy mogę wysłać link czy nie? Będziemy teraz, żyć w ciągłym strachu?
Pomysł, aby zabronić linkować do podstron serwisów z informacjami (np. gazet), jest największą głupotą jak słyszałem. Nie dość że nie da się zrobić (bo co, będą sprawdzać Referer w nagłówku HTTP?), to po pierwsze nie jest żadnym problemem wyświetlanie reklam w tym przypadku, w dodatku jest strzałem w stopę tych serwisów. Po wprowadzeniu tego prawa, nie można by promować strony na serwisach, blogach, stronach agregujących, wyszukiwarkach, wysłać znajomym. Oznacza to stratę i to gigantyczną dla tych serwisów, bo w masie informacji, to właśnie sposób oceniania przez niezależne strony różnych informacji, przez społeczność internetów zainteresowanych danym tematem (np. wykop, reddit, digg, grupy na facebook czy nk.pl), powodują że do jakichś materiałów w ogóle się można dostać. Jak nie będzie można wchodzić bezpośrednio na podstrony gazet, to co się stanie? Będą pisał „wejdźcie na www.g.pl, potem kliknijcie w działa sport, potem wiadomości z wczoraj, a potem kliknijcie w ten obrazek”, przecież to jest kretynizm, i zaręczam że jedna setna z osób które kliknęły by w linki, pójdą za radą i wykonają tą karkołomną gimnastykę. Dokładnie do tego służą linki aby uprościć życie, i wskazywać na konkretną treść. ŻADEN argument (ani prawny, ani związany z reklamami, ani prawem autorskim, po prostu żaden), nie mają sensu aby blokować linkowanie
Zresztą, jak sobie serwisy chcą blokować, to niech sobie blokują już teraz. Od roku 1993 w protokole HTTP istnieje odpowiednie pole o nazwie „Referer”, które mówi skąd internauta przyszedł (z jakiego innego serwisu). Pomijam że samo w sobie to powoduje wyciek pewnych prywatnych informacji (na szczęście można to wyłączyć, lub zmienić jakie informacje są wysłane dokładnie), ale służy dokładnie do tego celu - sprawdzania czy np. użytkownik wszedł na podstronę z tego samego serwisu, a nie innego, np. z linku wklejonego na jakimś blogu czy wyszukiwarce. Ba! Wiele serwisów (np. filmweb.pl), wykorzystuje to (i ciasteczka) dokładnie w celu o którym wspomniałem (do wyświetlania gigantycznej reklamy na całej strony jak ktoś pierwszy raz odwiedza serwis).
Wprowadzenie zakazu spowoduje tylko zbyt duży wpływ rządu na niezależność Internetu w Polsce.
W/g mnie osobiście umieszczenie linku do strony nie jest dla mnie żadnym łamaniem praw autorskich. To tak, jakbym powiedział koledze - „Cześć, przeczytaj 3 rozdział książki o tytule 'Ogniem i mieczem'”. Czy łamię w ten sposób jakieś prawo autorskie? Jak widać w oczach kretynów z MSWiA - tak.
Jak będzie trzeba to ludzie będą obchodzić ten problem po przez umieszczanie samej treści strony zamiast odsyłaczy. Czyli zamiast podania linku do strony jakieś, po prostu skopiuje zawartość strony, razem z treścią, albo zrobię zrzut ekranu i wyślę na stronę, czy mailem do kolegi - i zrobię autorowi większą szkodę. W dodatku autor serwisu ani tego łątwo nie wykryje, a nie będzie miał takiej kontroli jak Referer.
Zresztą widziałem odpowiednie rozwiązania, które pozwalają do skopiowanej treści dodać automatycznie link skąd treść pochodzi. Właśnie w dokładnie odwrotnym celu niż cel naszego rządu - tzn. właśnie przypisanie autorstwa danej treści, a nie jego kradzież.
Kretynizm prawny i techniczny. Nie mam słów.
Jest to bezpośredni atak w całą Sieć w Polsce, i wprowadzenie tych przepisów może spowoduje katastrofę.
Ba, czy wiecie, że nie dowiedziałbym się o tym pomyśle „naszego” rządu, gdyby serwis reddit, czy mój kolega nie mógłby wysłać legalnie do mnie linku do konkretnej podstrony emetra?!
Jak rozumiem duże korporacje prasowe (z wizją bankructwa przy tanim Internecie i wielu źródłach informacji), chcą zabić niezależne dziennikarstwo. Ładnie. Jak widać zapomniały o czymś takim jak „dozwolone użycie” w prawie prasowym. Które pozwala nawet na więcej niż tylko umieszczenie odnośnika do orginalnej treści, ale wręcz pozwala cytować czasami obszerne fragmenty, celem streszczenia lub artykułów polemicznych!
A rządowi widać nie podoba się że ludzie mogą pisać co zechcą w sieci, szczególnie o „naszym” rządzie. Kolejny raz widać jaki pseudoliberalnych rządzących mamy u steru władzy. No, ale jak wiadomo rządzący i urzędnicy muszą wymyślać ustawy aby czuć że są potrzebni społeczeństwu, a że dobrych ustaw nie wymślą, to jest jak jest.
Swego czasu było głośno (m.in. dzięki kontestacja.com), o „rejestrze stron zakazanych”, pomyśle samego premiera, o blokowaniu serwerów z treściami różnymi.
Pomysł upadł, po dyskusji z internautami, i to w sumie nie z powodów technicznych, tylko raczej z samego niezadowolenia tymi rozwiązaniami.
Ktoś mógłby powiedzieć, że pomysł blokowania umieszczania odsyłaczy jest mniej groźny niż blokowanie serwerów przy pomocy rejestru.
No, ale przecież oni też chcą przed stronami z treściami nielegalnymi chronić. Więc będzie musiałbyć jakiś rejestr, plus masa urzędników go uzupełniająca, i ktoś odpowiedzialny za to, i sposoby wymuszania, np. żeby w komentarzach na serwisach wszelakich (facebookie, komentarze na onecie), nie pojawiały się linki do tych stron. De facto powoduje dokładne to samo. Tylko że zamiast blokować samą stronę poprzez blokowanie adresów IP u dostawców na routerach, to blokują rozpowszechnianie linków do tych serwisów u kilku providerów strony www, np. blogspot, blogi onetowe, kilku większych forach, naszej klasie, gadu gadu, itp Co w końcu jest bardziej efektywne prawdę mówiąc z technicznego punktu widzenia. Czyli daje rządowi lepsze narzędzie cenzury.
Czyli jak pisać szybko na ekranie dotykowym.
Oraz pierwszy osadzony wave ;)
Ok. Po wyborach wracamy do ciekawszych tematów.
Ostatnio bawiłem się Geolokacją w HTML5/JavaScript, po tym jak Opera dodała wsparcie dla tego. Opera używa sobie IP zewnętrznego, a jeśli są dostępne to również siły i MAC/SSIDy pobliskich stacji wifi do lokalizacji. Śmiga miło (Opera zawsze się za pierwszym razem pyta czy pozwolić stronie korzystać z tych informacji), lokalizuje mnie nawet nieźle na Azrach (po IP operatora), i dosyć precyzyjnie na Ruczaju (pewnie po jakimś pobliskim AP). Oprócz lokalizacji, podawana też jest precyzja.
Na windowsie podobno można bezpośrednio też użyć GPS, ale generalnie używane są prostsze metody. (Ciekawe czy używając GPS podaje też takie info jak wysokość, azymut, prędkość - w protkole oraz API są też opcjonalne te parametry).
Opera korzysta z danych zebranych poprzez Google, i z ich bazy (przy pierwszym użyciu trzeba wyraźić zgodę). Google dane o IP ma z innych baz znanych (takich jak whois, ale i innych dokładniejszy). Z koleji dane o WiFi (oraz o sieci GSM), ma głównie z jeżdżenia samochodami po różnych droga i rejestrowania siły sygnału. Dzięki temu potem można zrobić triangulacje odwrotną, zlokalizować nadajniki, a podczas zapytania zrobić triliterację aby znaleść w miarę dokładne położenie komputera.
Przykładowo wygląda to tak (request, response - dane zmyślone):
{"version":"1.1.0", "access_token":"kjahsdit", "wifi_towers":[ {"mac_address":"00-08-A1-BC-19-A5","ssid":"Wireless-G Router","signal_strength":-53}, {"mac_address":"00-18-F8-C1-31-F1","ssid":"","signal_strength":-51}, {"mac_address":"00-27-19-11-FC-2D","ssid":"Dom44","signal_strength":-81} ] }
{"location":{ "latitude":14.9912, "longitude":11.9113, "accuracy":2000}, "access_token":"jaa923snd8123t" }
Mając odpowiednie dane (np. zebrane przez Google w trakcie tych samych jazd co z Google Street Map), można odwtorzyć położenie laptopa.
Teoretycznie da się to zrobić nawet mniejszym kosztem. Wprowadzamy (chodzimy/jeździmy po głównych punktach miasta, albo prosimy ludzi o to) do bazy tylko najsilniejsze nadajniki z głównych miejsc. Potem odpalamy naszą usługę publicznie. Osoby pytają się o swoje pozycje przy użyciu prostego protkołu (taki jak Google). Dajemy im przybliżone informacje, jeśli są w pobliżu znanych nam AP, oraz zapisujemy inne pobliskie AP do bazy (klient wysyła wszystkie informacje o dostępnych AP w okoliy). Po zebraniu sporej ilości informacji z okolic danego AP, możemy odtworzyć położenie kolejnych AP, nawet jeżeli nie były one zmierzone w orginalnych pomiarach ręcznych. W ten sposób nasza baza znanych AP sie powiększa. Potem robimy kolejne iteracje. Co prawda dokładność nie jest oszałamiająca, ale jeśli takie rozszerzające „okręgi” zasięgu się połączą to możemy zrobić sprytną interpolację.
Nie wiem czy metoda jest używana przez Google, jak nie to pewnie zrobić trzeba jakiś patent :) Ale sprawa mnie zaciekawiła, bo mam bardzo dokładne położenie (kilkanaście metrów) na Ruczaju z danych googlowych.
Do rzeczy. Zdarza się że jednak dane z Google nie są prawidłowe (brak danych o AcessPointach albo lokalizacja IP naszego, ISP a nie nasza). Możliwe, też że nie chcemy wysyłać tych informacji do Google (bo jest evil), a nadal chcemy korzystać jakoś z dobrodziejstw Geolocation API (oczywiście w tych aplikacjach którym pozwolimy), albo poprostu oszukać. :) Na przykład jeden z użytkowniki Opery mieszka w RPA, a pokazuje mu że jest w Istanbule w Turcji…
Do takich celów, nauczyłem sie Opera Unite, i napisałem emulator Google :) Tzn. Geolocation Provider, gadający tym samym protkołem i poprostu zwracający konkretną predefiniowaną lokacje (w planach własny kod triliteracji na podstawie wpisanych access pointów czy tego że jesteśmy w mieszkaniu czy w pracy).
Pisanie w Opera Unite jest bardzo proste i przyjemne, a programik śmiga. (poniżej wynik jednej z publicznej aplikacji po konfiguracji)
Programik wymaga oczywiście podania szerokości i długości geograficznej. Bez GPS, można do tego poprostu użyć jakichś map, a najprościej map w Internecie. Jedną z takich prostych jest http://mynasadata.larc.nasa.gov/LatLon.html. Używamy poprostu sobie mapki i pokazuje u dołu współrzędne środka mapy.
Tym sposobem, możemy sobie wybrać co chcemy.
Ok, to koniec reklamy programiku i nowej Opery (która zresztą wymiata, jak zawsze).
Chciałem wspomnieć o cenzurze w Google Maps.
Używając sobie tego apleciku na stronie NASA, zacząłem sie bawić w przeglądanie różnych części świata. Co prawda aplecik jest mały (co za idiota to pisał), ale pokazuje współrzędne geograficzne. Ponieważ jestem leniwy to nie chciało mi się szukać. Sprawdzałem różne miejsca, a to Afganistan, a to środkową Afrykę, aż skończyłem na okolicach Izraela. I cóż mnie spotkało?
Coś mi tu zaczeło nie pasować. Jakim cudem tutaj nie ma żadnych dróg, czy miast? Sprawdźmy w Open Street Map:
No multum dróg. Coś na tej stronie NASA jest nie tak. I mówimy tutaj nie o zdjęciach satelitarnych, a o mapach drogowych (wektorowe).
Powiedziałem, sobie, to nie możliwe. Wszedłem więc na normalne Google Maps:
No, więc może jednak błąd NASA? A może, to dlatego że NASA jest jednostką rządową USA? Sprawdźmy google maps gdzieś indziej. Szukamy, szukamy i trafiamy:
Nono, teoria zaczyna się sprawdzać. Ale czy napewno. Sprawdźmy Blogspot:
Coś jest jednak bardzo nie tak. Na deser. Gazeta Wyborcza:
Czy ktoś mi to potrafi wyjaśnić…?
Rzecz bardzo ciekawa. Mimo ostrzeżeń, wszem i wobec że będzie niska frekwencja i że trzeba mobiliozować elektorat, mimo wakacyjnej aury, o godzinie 8 już mieliśmy większą frekwencje niż w turze pierwszej (2.5% zamiast 1.8%), co się pogłębiło jeszcze bardziej o godzinie 13 (26.6% zamiast 23.4). Dlaczego tak się stało?
Pierwszą hipotezą jest, że w pierwszej turze oba obozy (PO i PiS) liczyły trochę, że wygrają odrazu, tak też liczyli ich wyborcy. Licząc tak, wiele osób ich popierających pomyślało sobie że poprostu nie pójdzie na wybory bo ma inne rzeczy na wybory, a jak się nie uda to na 100% będzie druga tura. No i sie spełniło, tym razem wymówki nie obowiązywały i wiele osób które wcześniej nie poszły, zagłosowały. Mówimy tutaj głównie o elektoracie ściśle związanym z PiS lub PO. Myślę, osobiście że jest tutaj przewaga właśnie PiSu, ale o tym za chwilę.
Patrząc rano na frekwencję, zdecydowałem, że jednak frekwencja będzie na koniec dnia wysoka, a więc politycy nie zaczną się zastnawiać nad tym czemu ludzie ich olali i nie poszli głosować (politolodzy by oczywiście zwalali to na wyjazdy wakacyjne). Gdyby była niska, to bym nie poszedł aby była jeszcze niższa, bo może da coś do zrozumienia. Gdyby była wyższa, to bym oddał głos nie ważny (bo inaczej uznali by że wszystko jest ok). Tak też uczyniłem.
Okazało się jednak o 18, że frekwencja jest jednak niższa! (42.1% zamiast 41.6%). Co prawda różnica nie duża, ale rozkład w czasie daje już coś do myślenia.
Elektorat PiS został poprostu zmobiliozowany (być może również przez kościół), by nie dopóścić do wybrania Komorowskiego. Dlatego frekwencja była wyższa. Z koleji elektorat PO, będąc pewny wyborów, oraz w dużej mierze złożony z młodych ludzi odjechał, co przełożyło się na ogólną frekwencje.
I tutaj ukazuje się główny błąd Komorowskiego. Zabiegał w ciągu dwóch tygodni o głosy SLD i PSL głównie, oraz skręcając ostro w lewo. Podstawowym błędem była walka o te kilka procent z 50% zamiast o reszte społeczeństwa, co mogło by się o wiele bardziej opłacać.
Tak więce jaki mamy wynik? (już 20:02) Stawiam że Kaczyński.
Dyskusja
Dodaj komentarz do Wave'a